Podróż na Ukrainę 2004: Krym, Morze Czarne Kliknij tutaj i zobacz pełną galerię zdjęć z tej podróży.
<< powrót do nasze podróże

      "A może pojechać na Ukrainę i zobaczyć Krym” - padło z ust Joli. Tyle złego słyszy się o naszych wschodnich Sąsiadach. Postanowiliśmy sprawdzić, jak to jest naprawdę. Z początkiem lipca byliśmy gotowi..

         Za cel obraliśmy Krym z całą jego okazałością, Morzem Czarnym i Morzem Azowskim. Wielu nam ten wyjazd odradzało: "przecież to bandycki kraj, porwą was, okradną, zabija", jak się potem okazało... to najgościnniejsze państwo w jakim kiedykolwiek byliśmy. Poczytaliśmy w Internecie i przewodnikach, co warto zwiedzić, pewnie nie byliśmy pierwszymi, którzy stwierdzili, że przewodnikom nie warto do końca wierzyć i lepiej samemu odkrywać nowe miejsca, bez pośpiechu i sugestii z zewnątrz. Zaplanowaliśmy wyprawę oczywiście samochodową. W naszym przypadku nie mogło być inaczej.

         10 lipca 2003 wyruszyliśmy w drogę. Przed nami było 1400 km do Jewpatorii na Krymie, postanowiliśmy, że tam zacznie się nasza przygoda. Granica w Medyce minęła bez problemowo, oczywiście na pierwszym planie (talonciki itd.), były pytania gdzie i po co jedziemy. Po ok. godzinie Ukraina stanęła przed nami otworem. 

         Ruszyliśmy, asfalt był szorstki, ale za to bez dziur. Pierwsze miasto na naszej trasie to Lwów. Wjazd do miasta był po prostu tragiczny. Nawierzchnia drogi, a raczej to co ją przypominało to bruk pamiętający czasy rozbiorów. Ochota na zwiedzanie Lwowa nam przeszła. Pytaj±c o drogę ludzie odpowiadali po polsku. Serdecznie nas pozdrawiali. 

        Po wyjeździe z Lwowa podróż mijała szybko, głównie na podziwianiu rozległych łąk i pól uprawnych Ukrainy. To charakterystyczne dla tego kraju. W Polsce jednak prawie wszędzie są domostwa i siedziby ludzkie, coraz mniej jest miejsc skłaniających do przemyśleń nad pięknem wolnej przestrzeni. 

        Wjechaliśmy do Vinnicy, pytając o drogę zostaliśmy zaskoczeni. Kobieta odpowiedziała nam po polsku, a byliśmy około 420 km na wschód od granicy z Polską. Prosiła nas o podwiezienie, mówiąc, że to w kierunku dokąd jedziemy. Gdy zobaczyła, iż w samochodzie nie ma miejsca, wskazała właściwą drogę, w innym kierunku :-). 

       W Umanie przeżyliśmy pierwsze przygody z DAI- ukraińską milicją drogową. Podobno przekroczyliśmy prędkość: na 60km/h jechaliśmy 87km/h. Gdy zobaczyliśmy "radar" uśmiech zawitał na naszych twarzach. Milicjanci chyba z góry założyli daną prędkość. Nie tłumaczyliśmy się zbytnio 40 hrywien łapówki załatwiło sprawę. Gratis otrzymaliśmy informację gdzie będzie następny patrol. Nie upłynęła godzina, a my mielimy kolejny postój. Oczywiście zatrzymał nas następny patrol DAI. Zarzut: wyprzedzanie na linii ciągłej. Rozumiemy, że to przewinienie ale pojazd wyprzedzany to była maszyna do robót drogowych, która się toczyła, a nie jechała. Milicjanci jawnie zażądali łapówki w wysokości 20 Euro. Krótkie pertraktacje i ostatecznie kolejne 40 hrywien musieliśmy zostawić dumnym funkcjonariuszom. Dokładnie po 140 km, mignęło nam coś przed oczami. Milicjant był mało zdecydowany. Jechaliśmy spokojnie dalej, do momentu kiedy to zajechała nam drogę nowiutka Honda CRV, a w niej na miejscu pasażera wymachujący pałką rozjuszony milicjant. Wyrwał nam dokumenty i kazał jechać za nim. Twierdził stanowczo, że takie zlekceważenie nie może ująć płazem. Groził sądem, a nawet więzieniem. Wiedzieliśmy, że to kwestia czasu i wysokości łapówki. Nasz błąd kosztował 10$ i 100 hrywien. 

        Krym to Autonomiczna Republika Ukrainy. Sytuacja zamieszkujących tam ludzi jest dużo lepsza niż w innych częściach Ukrainy. Jest to największy region turystyczny kraju o powierzchni 27 tys. Km2. 

        W Eupatorii lub jak kto woli Jewpatorii udalismy się na poszukiwanie noclegu. Odnieśliśmy wrażenie, że to miasto babuszek przyklejających się do szyb samochodu niczym natrętne muchy. Procedura wyglądała najczęściej tak, że babuszka oferuje swoje mieszkanie, a sama „wyprowadza” się do koleżanki. Jak się okazało znalezienie noclegu tylko na jedną noc graniczy z cudem, na tydzień owszem ale na jedną noc to spory problem. Babuszka cztery godziny goniła po mieście ale musiała się poddać. U koleżanek był full. Dalismy jej 4$ i pojechaliśmy na plażę. Było niesamowicie goraco. Pamiętamy, że po prostu "padliśmy" pewnie ze zmęczenia, gorąca i problemów mieszkaniowych. Po kilku godzinach opuściliśmy socjalistyczną brudną Jewpatorię i postanowiliśmy jechać w okolice Jałty. 

         Simferopol to miasto węzeł, stolica Krymu. Zbiegają się tu wszystkie główne drogi. Powoduje to, że w mieście panuje duży chaos. Kolejnym miastem, którego nie ominęliśmy był nadmorski Sewastopol. Miasto, w którym stacjonuje Flota Czarnomorska. Warto zobaczyć Pomnik Zatopionych Okrętów. Ponadto Sewastopol słynie z niechlubnych 300 gwałtów rocznie, zdarzających się najczęściej w okolicy dzielnic portowych. 

         Przybyliśmy do Jałty, turystycznej stolicy Krymu. Ogrom ludzi i betonowe zatłoczone plaże. Nocowaliśmy oczywiście u Babuszki 20$/2 osoby. Było to mieszkanie dwu pokojowe, jeden pokój Babuszka wygospodarowała dla nas, w drugim pokoju spało jej dwóch wnuków, a gdzie spała babcia do dzisiaj nie wiemy, obawiamy się, że na balkonie. Woda w łazience była zimna, ale na wyraźne żądanie Babcia pokręciła kilkoma zaworami i już leciała letnia. Rano pojechaliśmy do Morskoje.

         W Morskoje był kemping na rozległej plaży, tam też urządziliśmy sobie bazę wypadową do dalszego zwiedzania Krymu. Spaliśmy na plaży, 20 m od falującego morza, a mocne słońce już o 7 rano budziło swoimi promieniami. 

          Towarzystwa często dotrzymywał nam stary Tatar. Handlował na kempingu słodkim winem własnej roboty. Opowiadał historie Krymu, a ponadto karmił nas "Morskoją Kapustą" czyli wysuszonymi glonami wyrzuconymi przez morze. Są słone w smaku, ale podobno działają uzdrawiająco na tarczycę. 

          W międzyczasie odbywaliśmy liczne wypady, np. do Ałuszty z bardzo ładna nadmorską promenadą. W Sudaku zwiedziliśmy "krepost" czyli twierdzę która góruje nad miastem. Znaleźliśmy restaurację, gdzie serwuje się miejscowe specjały, posiłki były przepyszne :). W Sudaku również można pospacerować promenadą nad morzem, gdzie jest dużo straganów z różnymi bibelotami. Sudak w pierwszym kontakcie nie robi najlepszego wrażenia, ale warto troszkę po nim pochodzić. W Sudaku jest też Aquapark, w którym ceny są wyższe niż w Polsce, a wejść można tylko na pół dnia przed lub po południu. Nie ma czegoś takiego jak bilety godzinne. Wczasowiczów było tam tyle, że do jakiejkolwiek zjeżdżalni prowadziła kilkudziesięciometrowa kolejka. W sumie jedyną ciekawostką Sudaku jest jego Twierdza Genueńska, jakby zawieszona nad morzem. Nietrudno do niej trafić, gdyż widać ją z oddali. Koszt wejścia to 5-8 hrywien, zależy od obsługi. Zachowały się dwa ciągi murów obronnych z 14 basztami. Widok na Morze Czarne stamtąd jest wyśmienity. 

         Do Teodozji wybraliśmy się w celu uzupełnienia brakujących rzeczy w zapasach. Jest tam jeden z największych bazarów. Zobaczyliśmy tam także pozostałości po meczecie Mamluk Bej Barsa. Warto zwrócić uwagę na średniowieczny system źródeł przy cerkwi Surb Nszan. Na górze znajduje się zbiornik, z którego woda ceramicznymi rurami trafia do "źródeł" - każdemu z ujęć przypisywana jest właściwość przysparzania jakiejś cechy np. rozsądku, siły itp. 

        Odwiedziliśmy również Kercz, miast wysunięte najdalej na wchód. Ludzie są tam bardzo otwarci i ciekawi życia. W Kerczu zobaczyliśmy Górę Mitrydadesa, wzgórze pokryte ruinami starożytnego Pantikapajonu (mizerne to ruiny). Wejść można tam po monumentalnych schodach które liczą 316 stopni. Dla mniej wytrwałych a bardziej spostrzegawczych, nie będzie problemem znalezienie drogi na szczyt, którą można podjechać na samą górę samochodem. Nieopodal miasta, jest kolejna atrakcja turystyczna: Kurhan Cesarski. Ma on 17 metrów wysokości i prowadzi do niego 36 metrowy tunel. Samo wnętrze to niepozorna komora o wymiarach około 4m x 4m. Szczerze mówiąc to ciężko się zachwycić, piramida Egipska to, to nie jest. Wstęp dla turystów 6 hrywien, ale czasem może dojść do 10 hrywien. Miejscowi płacą 2 hrywny. 

        Z Kerczu ruszyliśmy nad Morze Azowskie do miejscowości Szołkino. Z przyrodniczego punktu widzenia to raj na ziemi. Woda w morzu dużo cieplejsza niż w Morzu Czarnym, równie czysta, a piasek aksamitny. Trzy godziny szukaliśmy noclegu. Znaleźliśmy wreszcie motel. 60 hrywien, za pokój gdzie mieszka już kilkadziesiąt pająków, poduszki jak z kamienia to zdecydowanie za dużo. Ciepła woda dopiero po uruchomieniu specjalnej aparatury agregatowej, i to tylko po godzinie 6 rano. 

         Po 3 dniach spędzonych w Kreczu, pojechaliśmy zwiedzać Bakczysaraj. Wybraliśmy drogę przez płaskowyż Aj Petri. 70 km drogi o przewyższeniu ok. 1200 m. Jeżeli ktoś cierpi na chorobę lokomocyjną lepiej niech się tam nie wybiera. Poruszaliśmy się w żółwim tempie. Niejednokrotnie ocieraliśmy progami o nawierzchnie drogi. Na górze warto przystanąć. Z wysokości ok. 1500 m.n.p.m, roztacza się piękny widok na Jałtę i wybrzeże Morza Czarnego. 

        Bakczysaraj przywitał nas strasznym żarem powietrza, było blisko 40 st. W mieście pełno turystów także z Polski. Nas to po prostu odstrasza. Zwiedziliśmy tylko Pałac Chanów, ale do Skalnego Miasta nie dotarliśmy. Za dużo ludzi. Wróciliśmy inną drogą. 

        Nasz pobyt na Krymie dobiegał końca. W drodze powrotnej pojechaliśmy do Odessy. To duże miasto, miejscami ładne, zadbane, ale w innych częściach brudne i nieprzyjemne. Był już późny wieczór, jak zwykle poszukiwanie noclegu zabrało nam kilka godzin. W rezultacie wylądowaliśmy na kempingu gdzie toaleta była jedną wielką wylęgarnią robactwa. 

        Rano zarządziliśmy szybką ewakuację. Umyliśmy szyby w samochodzie, ale niestety wspomniana chmara robactwa, zabiła się na niej zaraz po starcie. O czystej szybie trzeba było zapomnieć. Zaczęliśmy się kierować w stronę domu. Droga minęła szybko i bez stresowo. Dopiero bezpośrednio przed Polską granicą miejscowi żądni wrażeń, zastawili drogę butelkami po wódce na całej szerokości. Czekali, aż staniemy by je usunąć ale po jednej stronie szosy znajdował się przystanek autobusowy, dzięki któremu ominęliśmy przeszkodę wykorzystując zatoczkę. Nie wiemy co byłoby gdyby tych 15 zbirów stwierdziło, że jesteśmy dobra "skarbonką". Podobno zawsze najgorzej jest blisko granicy. Co ciekawe z Polską. 

        To była dla nas przyjemność gościć na Krymie i Ukrainie, mamy nadzieję że jeszcze odwiedzimy ten kraj. 

        Podczas tej podróży przejechaliśmy 6600 km, nie zanotowaliśmy żadnej usterki pojazdu. 

        Ukraina to piękny, bezpieczny i bardzo gościnny kraj. Ma duże możliwości rozwoju zarówno gospodarczego jak i kulturowego. Ukraińcy to pomysłowy naród, BEZ CIENIA zawiści i chorej zazdrości, cechy, która u Polaków występuje w nadmiarze.

powrót na początek ^

 

Copyright © 2004 autopodroznicy.com
All Rights Reserved.
Translated by: Bartek Fabiański.