|
<<
powrót do nasze podróże
Afryka - czarny ląd , Sahara, tropikalny klimat... tak ten kontynent kojarzony jest przez wielu z Nas. Nikt jednak Afryki nie kojarzy z
Fiatem Cinquecento... do momentu zetknięcia się z tą relacją.
Podróż, jak dla nas zaczęła
się prosto i banalnie. Tranzyt przez Europę 3500 km, czyli przejazd przez pełne autostrad Niemcy, górzystą Francję, jeszcze nie zatłoczoną
o tej porze roku Hiszpanię do Algerciras, a stąd to już tylko prom do Ceuty
- jedyne 246 EUR pod warunkiem, że kupi się bilet przed 16
czerwca. No i Afryka staje otworem.
Maroko jako "pierwszy rzut na taśmę" z całym bogactwem, kulturą i planem przyjęcia 10 mln turystów rocznie wprowadzonym przez młodego króla w życie przywitało nas przemiło. Fez, Meknes, Rabat, Casablanca i tu miłego pobytu nastąpił koniec.
A to za przyczyną konsula Mauretanii w Casablance, który to najpierw zwodził nas w czasie z przyznaniem wizy, a potem po prostu stwierdził, iż musi sprawdzić, czy mamy akredytację w
ministerstwie bo jest przekonany, że jesteśmy dziennikarzami.
I tak po 8 dniach "siedzenia jak na szpilkach", nieprzyjemnych rozmowach, dowiedzieliśmy się, że obywatele Europy Środkowej i Wschodniej powinni ubiegać się o wizę do Mauretanii w Moskwie. Kilka miesięcy temu w Mauretanii był przewrót, zmieniły się władze, a co za tym idzie przepisy.
"Trzymaj mnie bo go za te wąsiory wyciągnę"- mówiła Jola.
Nie mógł nam o tym powiedzieć od razu tylko teraz po 8 dniach koczowania w mało atrakcyjnej i drogiej Casablance?!%#?
Od tej pory konsul Mauretanii w Casablance uzyskał u nas tytuł Wąsior.
Nie daliśmy jednak za
wygraną i po kolejnych naszych próbach w uzyskaniu mauretańskiej
wizy z łaską wbito nam w paszporty pieczątki umożliwiające wjazd na terytorium Mauretanii
z pobytem na okres 30 dni. W między czasie, bo co tu było robić
przez ponad tydzień, przejechaliśmy góry Atlasu Małego i Średniego rozdając po drodze wszystkie słodycze,
jakie mieliśmy przy sobie. Imilczil w Atlasie Średnim to wioska gdzie w sierpniu odbywa się festiwal małżeństw. Tam też poznaliśmy
dwie Brytyjki, zafascynowane Marokiem, które corocznie odwiedzają
ten kraj.
Kupując paliwo na marokańskiej
stacji benzynowej stało się coś zaskakującego, podszedł do nas mężczyzna i
powiedział:- "własnym oczom nie wierzę" - Cześć... Zdziwieni byliśmy bardzo słysząc literacką polszczyznę z ust Marokańczyka.
W czasie krótkiej rozmowy okazało się, że ów Marokańczyk
studiował farmację w Łodzi. Nigdy nie przypuszczalibyśmy nawet, że ten człowiek
o śniadej karnacji, ciemnych włosach, może znać tak dobrze
język polski. W drodze powrotnej planowaliśmy spotkać się z Younesem i jego rodziną.
On nawet chciał zorganizować "wieczorek zapoznawczy" ze znajomymi, jego żona jest Polką i jak powiedział to zaszczyt gościć Polaków w Maroko. Niestety z braku czasu nie
mogliśmy się spotkać z sympatycznym Marokańczykiem i jego
rodziną. Nic straconego, to nasza pierwsza, ale nie ostatnia
podróż do Afryki.
... Ponoć na Zachodniej Saharze tylko zimą wieje
silny wiatr Harmatan, naszym zdaniem wieje on cały rok. Byliśmy
na Saharze w letnich miesiącach i bez ciepłych polarów się nie obyło. A przecież w Maroko temperatury nie spadały
wtedy poniżej 30st. Celsjusza.
|
Zachodnia Sahara to 1244 km pustyni. Król by zachęcić Marokańczyków do osiedlania się na tych trudnych terenach
wprowadził tam niższe ceny paliwa (prawie o pół) i niższe podatki. I tak: Tarfaya (wrota Sahary), Laayoune, Dakhla to miasta, które zbudowano od podstaw. |
 |
Wyjeżdżamy
z Maroko. Z momentem przekroczenia granicy z Mauretanią kończy się paliwo bezołowiowe i smaczne jedzenie.
Natomiast zaczyna się wszystko pod tytułem koza. Koza z kłakiem, koza z futrem, kozie trzewia,
krótko mówiąc: "... w Mauretanii koza zjadana jest w całości
z kopytami".
Pomiędzy Zachodnią Saharą, a Mauretanią znajduje się 8 km ziemi niczyjej. Jest to jedno z największych pól minowych na świecie. Co kilkadziesiąt metrów mijaliśmy wraki samochodów.
Teren ten przejeżdża się po wyjeżdżonych przez samochody drogach, które łatwo odnaleźć. Każdy skręt
z wytyczonego traktu może zakończyć się zakopaniem w
piasku lub co gorsze wybuchem miny i teleportacją z tego świata.
Po dojechaniu do posterunku żandarmerii szybko załatwiliśmy formalności i udaliśmy się do posterunku celnego nieopodal. Tam również szybkie wypełnienie deklaracji,
10 EUR za "pracę" celników i można było jechać po pieczątki od policji. Wszystko to zajęło może 20 minut. W dobrych humorach ruszyliśmy na podbój Mauretanii. 5 km od granicy widowiskowy przejazd przez wydmę, która wdarła się na drogę, a potem to już tylko idealny asfalt do
miejscowości Nouadhibou. Tam spędziliśmy noc na Kempingu Abba. Właściciel pomógł nam znaleźć osobę sprzedającą obowiązkowe w Mauretanii ubezpieczenie na samochód. Kosztowało
nas to 3100 MRO za polisę ważną 10 dni. Wymieniliśmy również walutę po kursie 1E = 320 MRO.
Nouadhibou to ciekawe miasteczko z przyjemnie nastawionymi do obcych ludźmi. Charakteryzuje się, jak większość mauretańskich miast niską zabudową i brakiem jakichkolwiek oznaczeń...
...Z Nouadhibou udaliśmy się drogą do Atar. To 850 km przez otaczające piaski pustyni. Kilkakrotnie jazdę utrudniały przechodzące burze piaskowe. Wbrew pozorom są one bardzo częste. Do tego dochodzi temperatura sięgająca 45st. C. Z Atar udaliśmy się do Chinguetti, które leży u wrót prawdziwej,
wielkiej Sahary. Po drodze przejeżdżaliśmy przez ciekawą przełęcz górską Passe d'Amogiar. Sama droga jest szutrowa, ale nie bardzo uciążliwa, no może za wyjątkiem odcinków tarki, która powodowała rozstrój nerwowy i ogólne odkręcanie się wszelkich śrubek w samochodzie. Samo Chinguetti pozwala odetchnąć od zgiełku Atar czy Nouakchott
- stolicy Mauretanii. Przewodnicy, jeśli się ich ignoruje szybko rezygnują z nagabywania. Można spokojnie robić zdjęcia i wybrać się na krótki spacer po pustyni. Po uszkodzonej granatnikiem wieży ciśnień nie ma śladu. Stoi już piękna, nowa wybudowana za pieniądze
z UE.
...Posterunki policyjne, celne i żandarmerii są bardzo częste. Ale wszelkie kontrole są przeprowadzane w miłej atmosferze. Może dlatego, że nie znamy francuskiego. Z kolei mundurowi w ząb nie mówili, ani
nie rozumieli angielskiego. Także wszelkie rozmowy sprowadzały się do języka migowego. Z braku drogi dla samochodu osobowego musieliśmy wrócić do Nouakchott. Tam spędziliśmy noc w komfortowych warunkach Oberży Sahara, prowadzonej przez Portugalkę. Ze stolicy
Mauretanii skierowaliśmy się do Mali. Zaskakujące jest to, że na głównych drogach Mauretanii wszędzie jest asfalt, w dodatku bez kolein. Mijane miejscowości Aleg Chogal, Magta Lakjar to skrajnie biedna Mauretania w porównaniu z Atar, stolicą czy przygranicznym Nouadhibou.
 |
Setki mijanych zwierzęcych zwłok były oznaką trudnych warunków egzystencji. Gorąco, brak wody, powodują, że najsłabsze zwierzęta padają lub giną pod kołami samochodów. Nocne spotkanie z dorosłym wielbłądem może być dla obu stron bardzo niebezpieczne. Nazwaliśmy tą trasę "drogą skór".
|
W Ayoun el'Atrous sprawdziliśmy kilka hoteli, ale
nie chcąc nabawić się wszawicy i to za 50 EUR (bo tyle ta "przyjemność" kosztowała) wybraliśmy nasz 5 gwiazdkowy namiot. I tak rano musieliśmy łapać wielkiego pająka, który usilnie chciał nam wleźć do samochodu. Ciekawe, czy mógłby nam coś zrobić? Woleliśmy nie sprawdzać. Tutaj dała też znać o sobie kamera, która po prostu
okazała się zbyt delikatnym sprzętem na taką wyprawę i przestała działać. Nie mając narzędzi musieliśmy ją rozkręcić złamaną pęsetą. Używając
kleju kropelka z Polski zdołaliśmy przywrócić wadliwy element do normalnego stanu. Ale nerwów było co nie miara. Jola oczywiście
zachowała stoicki spokój, za to Dominik jak zwykle złapał ciśnienie. Musiał "pomiauczeć".
Po opanowaniu emocji, domorośli "elektronicy" wzięli się do
roboty i po godzinie zmagań kamera po "tuningu" działała jak prawie nowa. Ostatnia sesja dla pająka, śniadanie i w
dalszą drogę.
Granica pomiędzy Mauretanią, a Mali w okolicach
Kobeni praktycznie nie istnieje, nie ma szlabanów itp. Najpierw trzeba zgłosić się 18 km przed granicą do posterunku celnego. Na żądanie zapłaty
10 EUR trzeba odpowiedzieć stanowcze NIE, gdyż jest to próba bezpodstawnego wyłudzenia. Po krótkiej sprzeczce
z pogranicznikiem wyjazd samochodu wbity w paszport, a
10 EUR zostało w portfelu. Potem już tylko policja i wbicie wyjazdu osób, kolejna próba wyłudzenia
10 EUR i kolejny raz nasze "NIE". Po drogach Mauretanii przejechaliśmy 2529 km.
Wjeżdżamy do Mali. Droga równa, asfaltowa. Wszelkie formalności graniczne trzeba załatwiać w Nioro du Sahel. Najpierw cło na samochód. Urząd znajduje się w centrum miasta. "Przyjemność" ta kosztuje 9400 CFA. Pieniądze można wymienić w aptece nieopodal centralnego placu. Kurs 1E = 640 CFA.
Leniwy policjant na wyjeździe z Nioro wbił nam pieczątki wjazdowe do Mali. Kosztowało to wg niego 2000 CFA za "formalności", czyli wpisanie naszych danych do zeszytu.
|
W Nioro, a w sumie zaraz za nim asfalt się skończył. Zaczęła się walka z błotem i początkiem pory deszczowej. Nadwerężony
w samochodzie wentylator chłodnicy spalił się na dobre. Od tego momentu
jechaliśmy bez tego ważnego elementu chłodzenia silnika i
to w Afryce. Droga była bardzo uciążliwa. Rozmyte koleiny, kamienie, wystające korzenie. Samochód
cały oblepiony był błotem. Niektóre kałuże musieliśmy badać stopami, gdyż w mętnej wodzie nic nie widać.
|
 |
Do tego brak należytego chłodzenia powodował, że musieliśmy jechać
gdzie tylko się dało w miarę szybko tj. 50 - 60 km/h z włączonym
ogrzewaniem wnętrza. Jola starała się to wszystko nagrać, więc
po częstych spacerach w bajorach błota przypominała błotnego ludka. Nadmierna szybkość na wertepach i tarce spowodowała oberwanie się prawej poduszki silnika, co usztywniło cały zespół napędowy i powodowało głośne
drgania nadwozia. Ale nic dziwnego i tak wytrzymała 3 poprzednie wyprawy i 335 000km przebiegu. Niestety poziom specjalizacji tamtejszych warsztatów nie pozwolił nam na jakąkolwiek naprawę. Droga, której tak naprawdę nie ma, ciągnie się przez ok. 300 km aż do
Didieni. Trochę kombinując można się dostać na krótkie odcinki nowobudowanej drogi, ale wiąże się to z późniejszymi problemami ze zjechaniem z niej lub przejechaniem przez mostki pozbawione najazdów i zjazdów. W Diema i Didieni ludzie byli do nas źle nastawieni. Wszyscy oczekiwali zapłaty za zdjęcia itp. Nie mówiąc już o tym, że żądanie prezentu jest na początku dziennym. Raz nawet ktoś splunął nam na przednią szybę, nie sądzę że chciał ją umyć...
...Bamako stolica Mali to zagłębie cwaniactwa i braku jakiegokolwiek poszanowania obcych. Jeśli się nie ma przeznaczonych pieniędzy w zamian za filmowanie, lepiej od razu sobie odpuścić. Sam kilkakrotnie poczułem na barkach ciosy w zamian za filmowanie bez zgody. Tylko po co zgoda na filmowanie miasta, a nie ludzi.
|
Od Dienne zaczynają się turystyczne atrakcje Mali. Nastawienie ludności jest odmienne, można przynajmniej swobodnie fotografować.
Aby dostać się do Dienne trzeba zapłacić podatek 1000 CFA, a potem za przeprawę promową w
dwie strony 3000 CFA. Problem w tym, że prom nie pływa bo
stan wody jest za niski. Ale za to jest odpowiednio wysoki, aby woda przelewała się przez maskę
dzielnego fiata Cinquecento. Ogólnie trzeba przejechać przez wodę jakieś 25 metrów. Prom służy jako "bramka opłat". Sam bród jest stosunkowo głęboki i kamienisty, trzeba uważać.
Tam przynajmniej zarządzający pomogą od biedy pchać samochód w razie problemów z przejazdem.
|
 |
 |
W Dienne malowniczym miasteczku należy zwrócić uwagę na wielki gliniany meczet. Ciężko go ominąć gdyż wybudowany jest w centralnym miejscu miasta. Wstęp podobno 5000 CFA ale trzeba się targować i można wejść za 1000 CFA. Na przewodników lepiej nie zwracać uwagi i tak się nie odczepią. Sam meczet ma bardzo ciekawy system wentylacji w postaci uchylnych szybów na dachu. Najgrubszy mur sięga 2 m i to wszystko z "błotka".
Podobny meczet jest w Mopti, a i kilka mniejszych w okolicznych wsiach. W Mopti warto również pobyć w malowniczej przystani łodzi, które pływają do sąsiednich wiosek, a także na targu który w niczym nie ustępuje temu w
Dienne.
|
W okolicach Dienne złapaliśmy dwa razy gumę i to dzień po dniu.
Za drugim razem była to chyba złośliwość ludzka, gdyż gwóźdź wyglądał na wbity lub podłożony specjalnie. 1500 km podróżowaliśmy bez zapasu. Dopiero w Bamako w warsztacie Good Year'a zdecydowaliśmy się na naprawę. Trwało to 10 minut i kosztowało 5000 CFA.
 |
Najbardziej podobało nam się w odległym Hombori. Spaliśmy tam w glinianym hotelu, w spartańskich warunkach, ale było warto, gdyż miało to swój urok. Samo Hombori to malownicza stara część miasta na górze z pięknym widokiem na okoliczne szczyty i pustynię, ale także nowocześniejsza część miasta
w dole przy głównej drodze, gdzie odbywa się wielki targ, na który zjeżdżają wszyscy z okolicznych wiosek. W samym Hombori czy to starym czy nowym mogliśmy swobodnie filmować i robić zdjęcia. Ludzie byli życzliwi.
|
W Sevare gdzie spaliśmy w hotelu, poczęstowano nas śniadaniem złożonym z
dwóch niedogotowanych jajek, bagietki i marmolady. Nie byłoby w tym nic dziwnego (kuchnia malijska jest bardzo uboga), gdyby nie fakt, że zażądano od nas za ten przysmak 10
EUR. Odmówiliśmy bo śniadanie i tak miało być w cenie noclegu. Po interwencji szefostwa z rozstrojem żołądka i dźwigniętym ciśnieniem pojechaliśmy dalej.
Na płaskowyżu Bandiagary gdzie
mieszkają sobie Dogoni - antyczne plemiona - dowiedzieliśmy się, że tak znowu kolorowo to nie jest.
Oczywiście są Dagoni, ale się ucywilizowali, noszą spodnie, zegarki, t-shirty itd. Wybrali normalne życie.
W zamian za opłatę mogą momentalnie zmienić się w prymitywne plemiona z przed lat jakie widać na widokówkach
z Afryki. Trochę nas to rozczarowało ale rozumiemy to, gdyż
komercja zawitała nawet tutaj.
Z Bamako wybraliśmy się żółtą drogą do Kayes. Początkowo jest to równa szutrowa
droga za to potem to czysty off-road. Ale to z winy tubylców, którzy pokierowali nas na objazd przez park narodowy, drogą którą oprócz osłów nic nie jeździ. Normalny trop węża i tyle jak to nazwaliśmy. Jest to droga o szerokości wózka ciągnionego przez osiołka,
wiodąca przez las pomiędzy drzewami, poprzecinana głębokimi wąwozami wyschniętych rzek. Znaleźliśmy się tam, gdyż nieuczciwi strażnicy byle zarobić 1000 CFA stwierdzili, że to jedyna droga do Kayes. Niestety to
nie była prawda, co potem sprawdziliśmy. No ale cóż, trzeba było przejechać raz po raz grzęznąc w błocie, ocierając podwoziem o głazy. Złamał nam się wspornik lewej poduszki silnika co powodowało dodatkowy stres, no ale o spawarce nie mogło być mowy na tym etapie. W miejscowości Mahina droga kończy się i pojawia się most na rzece długi na jakieś 200 m. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie to że jest to most kolejowy. Dobrze, że
fiat cinquecento jest wąski bo zdołaliśmy przejechać ten
most pomiędzy barierką, a szyną po podkładach i śrubach ją trzymających. Ale i tak było to "chirurgiczne" zadanie.
Chwilę potem kolejna przeprawa tym razem promowa, a za nią powtórka z rozrywki. Poszukiwanie drogi, a raczej czegoś co mogło nią być. Droga to tor dla samochodów 4x4,
biedne cinquecento aż trzeszczało w szwach raz po raz atakując kałuże i wyrwy. W nagrodę przed samym Kayes na najgorszym bo skalistym odcinku drogi
natknęliśmy się na wodospad na rzece Senegal, gdzie mogliśmy odpocząć i wykąpać się
swobodnie oczywiście z naszym dzielnym fiatem cinquecento.
|
Samochód wyglądał jak po rajdzie safari. Silnik zamiast
trzech miał praktycznie dwa punkty mocowania. Chłodnica zaklejona błotem. Żeby oderwać bagno od podwozia i nadwozia trzeba było użyć młotka i śrubokręta. Wbiliśmy jakąś śrubę w oponę z tyłu. Ale tak weszła że powietrze nie uchodziło.
|
 |
Od Kayes zaczyna się droga asfaltowa do Senegalu. Chyba najlepsza droga w Mali. Postanowiliśmy odpocząć
dwa dni nad rzeką Senegal aby wjechać do Senegalu mniej zmęczeni.
Po licznych mniej lub bardziej przyjemnych przeżyciach w Mali wjeżdżamy do Senegalu. Granicę przekraczamy
bezproblemowo późno w nocy, a to za zasługą trwających Mistrzostw Świata
2006 w Piłce Nożnej. Wszyscy pogranicznicy zaaferowani meczem Włochy -Niemcy nie stwarzali żadnych problemów.
Wbijali pieczątki w nasze paszporty podczas gdy oczy mieli wlepione
w ekran telewizora.
Zanim wjechaliśmy do Dakaru postanowiliśmy zespawać wspornik poduszki silnika, aby być spokojniejszym
o dalszą drogę. Za 2000 CFA młody chłopak bezproblemowo podjął się zadania. Wykonał je z "należytą" precyzją. Wspornik wytrzymał do Polski.
Pobyt na plaży w miejscowościach na południe od Dakaru lepiej sobie darować.
Jeżeli nie wybierze się turystycznej enklawy, to plaża będzie
przypominać śmierdzące wysypisko śmieci.
 |
Ale urządziliśmy sobie 2 godzinne safari po Parku Bandiaga. I
tak sobie myślimy, że mało kto miał przyjemność jeździć samochodem w towarzystwie nosorożców, żyraf, antylop, a także żółwi lądowych. Jako, że nosorożce są krótkowzroczne można było całkiem blisko do nich podjechać, spokojnie wysiąść i zrobić zdjęcia.
Fiata cinquecento na pewno wcześniej nie widziały:-). Na kąpiel z krokodylami
nie zdecydowaliśmy się. Za wjazd do parku można płacić w Euro i kosztuje to
za dwie osoby z przewodnikiem i samochód 30 EUR.
|
Dakar - symboliczna stolica
ze względu na coroczny rajd samochodów terenowych był celem naszej wyprawy. Kraków - Dakar,
trasa przebyta w dwie strony przez Fiata Cinquecento, to chcieliśmy osiągnąć i tego dokonaliśmy.
Dakar niczym nie odbiega od europejskich stolic. Wysokie wieżowce, restauracje na wysokim poziomie, liczne hotele, a i białych francuskojęzycznych turystów nie brakuje.
Jedyna rzecz jaka różni go od Warszawy, Berlina czy Barcelony to brak
McDonalda.
W Saint Louis poznaliśmy Belga pracującego dla organizacji rządowej wspierającej Senegal. Na okres 3 lat rząd belgijski przeznaczył 23 mln Euro pomocy z czego ponad połowę w postaci maszyn
i technologii np. do budowy dróg i urządzeń. Jednak od dwóch
lat maszyny nie zostały nawet uruchomione, bo brakuje siły roboczej. Senegalczycy czekają na białych robotników z Europy. A przecież
do obsługi walca drogowego nie potrzeba nadzwyczajnej filozofii - jazda w przód , tył - to chyba wszystko, co walcem można robić?!
No ale jak się komuś nie chce to i cud nie pomoże. Najlepszym przykładem na dość oporną na pracę naturę pokazała sprzedawczyni w jednym ze sklepów. Zabieram
tzry butelki Coca-Coli podchodzę do kasy i słyszę w oddali:
"nie chce mi się wstać, tak mi dobrze się leży niech Pani idzie gdzie
indziej".
Nie mam więcej pytań! Podobne sytuacje powtarzały się często, choć są i też tacy, którzy od rana do wieczora z pominięciem tych najcieplejszych godzin pracują na roli. Jednak tych drugich jest o wiele mniej w stosunku do tych pierwszych.
Podczas naszych podróży przekraczaliśmy
wiele granic, jednak granicy w Rosso pomiędzy Senegalem, a Mauretanią nigdy nie zapomnimy. Nieład to nie odpowiednie słowo by opisać jaki
tam bałagan panuje. To najbardziej skorumpowana granica jaką przyszło kiedykolwiek nam przekraczać. Jest to granica na rzece Senegal, a co za tym idzie
konieczna jest przeprawa promowa. Mając już wbity wyjazd z Senegalu i dodatkowo pieczątki sekcji celnej czyli również wyjazd samochodu z terytorium Senegalu wydawałoby się, że tylko trzeba wjechać na prom, a jednak...
Była godzina 17:52 wszyscy już wjechali na prom, zostaliśmy tylko my, pogranicznik zwraca się do Nas:
- 20 Euro
- za co? - spytaliśmy
- to czekajcie do jutra - padła odpowiedź
Wiedział, że nie mamy wyjścia- był to ostatni prom tego dnia.
Minuty upływały... o 17:55 mówi do mnie:
- weź paszporty, prawo jazdy, zieloną kartę i chodź za mną, a brat niech wjedzie
samochodem na prom. Jestem z tymi wszystkimi papierami u niego
w baraku i widzę jak prom odpływa, chwytam nasze dokumenty i
wybiegam
Prom się powoli oddala, przyspiesza...
Ja z paszportami w ręku, dokumentami od samochodu podbiegam do brzegu rwącej rzeki i słyszę
jak Dominik woła :
- skacz!!! Jola skacz!!!
- no skacz!!!
Czarnoskórzy celnicy widząc, że wchodzę do wody łapią mnie za ręce, szarpią, coś mówią, ja nie rozumiem, wyrywam się, skaczę do wody i ... stało się...
Wyrwa w dnie około 10 m głębokości, wpadam pod powierzchnię wody, ściskając dokumenty w dłoniach, wypływam. Płynę za promem, widzę Dominika - chce skakać mi na ratunek- trzymają go... ale widzę też
dwie ogromne śruby napędowe promu i wiry.
Zawracam... Zostaje wyłowiona, ale widzę, że prawo jazy (to nowe, laminowane) wyślizgnęło mi się z dłoni i unosi się na powierzchni wody, rzucam się znów
do wody, tym razem by je wyłowić. Wszystko działo się tak szybko, pamiętam
tylko, że ktoś złapał mnie za ręce i wyciągnął na brzeg.
Podbiega pogranicznik, obejmuje ramionami odpychając szarpiących mnie ludzi. Pokazuje odpływającemu
na promie Dominikowi, że nic mi nie jest, żeby się uspokoił.
Myślę co robić?! Przecież po drugiej stronie rzeki jest Mauretania, a ja mam co prawda całe mokre ale wciąż
ważne nasze paszporty i wszystkie dokumenty od samochodu, a Dominik jest już prawie na drugim brzegu.
Zauważam pirogę - małą łódkę, pytam czy mógłby mnie ktoś nią przewieźć na druga stronę rzeki. Dopływamy, czeka na mnie celnik mauretański, wyrywa prawo jazdy, zieloną kartę i odchodzi. Podbiega Dominik, mówię mu, że ten gościu zabrał dokumenty. Biegnie za nim i słyszy:
- nie mam twoich dokumentów ale za 10 EUR pomogę Ci je znaleźć.
- masz zapłacić za łódź, która przywiozła Twoją siostrę, prom, którym Ty przypłynąłeś, dla mnie 10
EUR i na pewno dokumenty się znajdą.
Jeśli ktoś cierpi na niedobór emocji w życiu szczerze polecamy granice w
Rosso. Od tego momentu to już tylko droga powrotna do domu.
Wyprawa Cinquecento do Kazachstanu z 2004 roku była ciężka technicznie.
Wyprawa Cinquecento do Iranu, Pakistanu i Kaszmiru z 2005 była ciężka klimatycznie.
Tegoroczna wyprawa do Afryki połączyła te dwa elementy, było dużo bezdroży, dużo pustyni, a
wysokie temperatury w połączeniu z klimatem tropikalnym były mocno odczuwalne.
A, że lubimy się skatować wróciliśmy ufa fani po pachy.
PODZIĘKOWANIA:
- Dla Fiat Auto Poland S.A. za
wyposażenie uczestników w części zamienne do samochodu
i serwis po wyprawie.
- Dla TVN TURBO za opiekę medialną.
Dla Wszystkich, którzy w nas wierzyli i
wierzą.
powrót na początek
^
|